stycznia 19, 2020

Jeszcze trochę o świętach w styczniu... "Świąteczne drzewko życzeń"!

Jeszcze trochę o świętach w styczniu... "Świąteczne drzewko życzeń"!

„Świąteczne drzewko życzeń”
Autor: Emily March
Kategoria: literatura obyczajowa (świąteczna)
Wydawnictwo: Kobiece
Stron: 344

Nie pomyślałabym, że ta książka sprawi szybsze bicie serca, a jednak pozory mylą. Zakochałam się w tej historii od pierwszej strony. Nie spodziewałam się, że cuda Bożego Narodzenia i jakże magicznego miasteczka jakim jest Eternity Springs. To dzięki ludziom zamieszkującym to urocze miasteczko, przybywający tam gość mógł czuć się jak u siebie w domu. Nie da się nie zakochać zarówno w nim jak i w ich mieszkańcach. Autorka napisała świetny romans na tle górskiego miasteczka, które miało w sobie magiczną zdolność jednoczenia złamanych serc. Zdolność sklejenia tego, co dla człowieka wydawać by się mogło zniszczone. Świąteczny klimat tej książki pozwoli czytelnikowi nie tylko lepiej wgłębić się w lekturę, ale i w magię świąt Bożego Narodzenia. Lekkie pióro autorki sprawia, że książkę czyta się szybko. To moja pierwsza książka w tematyce świątecznej i wiem, że na pewno nie ostatnia. Urzekła mnie historia, bohaterowie, miasteczko, ale i ta magia, o której się nie zapomina, a wciąż wierzy jakby się było wciąż dzieckiem.

W życiu młodej Jenny wszystko się zmienia, kiedy adoptuje Reilliego. Jak każda matka, bohaterka chce najlepiej dla swojego dziecka. Widząc radosne dziecko Jenna wie, że robi to, co należy, by jej syn był szczęśliwy. Zapewnia mu pogodne dzieciństwo. Ale wszystko, co dobre kiedyś się kończy i tu zaczyna się koszmar kobiety i jej syna. Stalker postanawia zrujnować im życie. Strach Jenny o rośnie z każdym dniem, albowiem nie wie, z której strony nadejdzie atak od niego. To, co tajemniczy mężczyzna robi tej dwójce doprowadza ich do lęku, który nie gaśnie. Trauma, jaką zgotował ten stalker Reilliemu jest nie do wypowiedzenia. Dziecko nie powinno żyć w ciągłym strachu, a przez obecność wroga normalne życie nie jest możliwe, zwłaszcza, że znikąd nie ma pomocy, aż do czasu poznania Mikołaja.

„— Boże Narodzenie to obietnica. Boże Narodzenie to podarunek. Nie bądź więźniem przeszłości. Jeśli za pierwszym razem się nie powiedzie, nie rezygnuj z pogoni za marzeniem. Otwórz oczy, serce i wyobraźnię na możliwości, które na ciebie czekają. Musisz wierzyć. Życzenia naprawdę się spełniają. A kiedy zadzwoni świąteczny dzwonek, Devinie Murphy, nie zapomnij odebrać — powiedziała”

Kiedy chłopiec wybiera numer telefonu jest święcie przekonany o tym, że dodzwonił się na biegun północny, do Świętego Mikołaja. Nie ma pojęcia, że tak naprawdę dodzwonił się do Devina Murphy’ego. Mężczyzna od razu wchodzi w narzuconą mu przez chłopca rolę Mikołaja. Devin nie chce zepsuć chłopcu wiary w Świętego, ani w magię Bożego Narodzenia, więc udaje. Od rozmowy do rozmowy Devin dowiaduje się co nie co o chłopcu, ale i o jego matce. Ponadto dowiaduje się o największym marzeniu Reilly’ego, a mianowicie o tym, że młodzieniec marzy o tatusiu. Wówczas mówi małemu, żeby nie tracił wiary i wierzył, że jego marzenie w końcu się ziści. Kiedy następuje kolejny atak stalkera kontakt między Devinem a Jenny i jej synem urywa się. Kobieta postanawia wyjechać i spędzić Święta w górskim miasteczku Eternity Springs. W miejscu, gdzie zrastają się złamane serca. Życzliwość i ciepło, które otrzymują od mieszkańców,  sprawia, ze trudno im ich opuszczać.

„— Każdy ma jakąś trudną sytuację. Dla jednych są to problemy zdrowotne, dla innych finansowe. Ale wszyscy mamy wybór: pozwolić, by to okoliczności kierowały naszym  życiem, albo żyć według własnej wizji tego, jak chcemy, by to życie wyglądało. Gdybym to ja wybierała nazwę dla naszej rodzinnej tradycji świątecznego drzewka, ochrzciłabym je świątecznym drzewkiem wizji. Nasza sytuacja jest tymczasowa, wizja zaś wieczna”

Kiedy Mikołaj i Jenna spotykają się, zaś wówczas mężczyzna dowiaduje się, dlaczego kontakt między nimi się urwał. Postanawia pomóc kobiecie, o której skrycie fantazjował, ale także Devin skrywa swoje tajemnice, które nie dają mu spokoju. Wspólnie z przyjaciółmi Murphy układa plan odkrycia, kto zakłóca spokój Jenny i Reilly’ego. Podczas całej tej akcji bohaterka nie spodziewała się, że pomiędzy nią a Devinem coś zaiskrzy. Pojawi się uczucie, któremu oboje nie będą w stanie się przeciwstawić, ale czy na pewno? Czy oboje pozwolą na to, by uczucie nimi zawładnęło? Co się stanie, jeśli poczują magię Świąt oraz magię miłości? Czy Devin odnajdzie to, o czym skrycie marzy? Czy pozwoli temu zakwitnąć?
Piękna, zaczarowana historia, która zrasta złamane serca. Autorka zapewniła swoim czytelnikom nie tylko dobrą zabawę, ale i pokazała, jak działa magia Świąt Bożego Narodzenia w miejscu, które zdaje się jest nią przesiąknięte nawet w ludzkich duszach. Górskie miasteczko i jego mieszkańcy sprawiają, że chce się tam wracać. Ciepło, dobro, ale i bezinteresowność tych ludzi jest godna podziwu, ale i naśladowania. W tym miasteczku czuje się magię świąt, tam człowiek czuje się jak w domu. Historia Jenny i Reilly’ego dopiero tam nabiera barw i szczęścia. To tam odnajdują upragniony spokój. Czy uwolnią się od niebezpieczeństwa, którym jest stalker kobiety? Czy spełni się marzenie chłopca? Czy Devin odnajdzie swój cud, którego szuka? Tego dowiecie się czytając książkę. Osobiście mnie porwała w swoje objęcia. Można by rzec, że zaczarowała swoją magią. Magia świąt Bożego Narodzenia nigdy nie była tak niezwykła jak tu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiece.



Do poczytania, Amigo!
Arystokratka J.

stycznia 12, 2020

Powrót do Dworu na Lipowym Wzgórzu: "Pozwól mi kochać"!

Powrót do Dworu na Lipowym Wzgórzu: "Pozwól mi kochać"!

„Pozwól mi kochać”
Autor: Ilona Gołębiewska
Kategoria: literatura obyczajowa
Wydawnictwo: MUZA
Stron: 467

Moje drugie i jakże wyczekiwane spotkanie z Dworem na Lipowym Wzgórzu. Stęskniłam się za bohaterami, ale również za urokliwym miejscem, jakim jest Dwór na Lipowym Wzgórzu. W tej części mogłam bardziej zrozumieć postępowanie, ale i zachowanie córki Anieli Horczyńskiej, Sabiny. Druga strona medalu została odkryta, a ja w końcu poznałam kobietę, której nie w smak było bujanie w chmurach. Zawsze miała w zapasie kilka scenariuszy, a niektóre z nich, jak to często bywa, pełniło rolę koszmarów. Byłam mocno ciekawa historii tej bohaterki, ale i jej samej w szczególności. Książka pochłonęła mnie od pierwszych stron, jednym słowem: przepadłam. Styl autorki jest na tyle przyjemny, że powieść czyta się ekspresowo. Wróciłam do miejsca, które nie tylko było jak wyjęte z baśni, a żyło swoim harmonijnym, spokojnym rytmem.
Świat Sabiny w jednej chwili legł w gruzach, kiedy została oskarżona o fałszowanie wyników badań. W jednej chwili prawo do wykonywania zawodu zostało zawieszone, a śledztwo wobec Sabiny wszczęto. Bohaterka przeżyła duży stres, a przez tę całą sytuację zmagała się z depresją, która z dnia na dzień zabierała jej pokłady energii, ale także i siły. Sabina z każdej stron otrzymywała wiadomości, a od dziennikarzy nie potrafiła się odpędzić. Skandal, który został wywołany na konferencji miał niebywałą skalę. Niebywałe jest to jak ludzie wierzą na słowo, zamiast sprawdzić wiarygodność swoich słów albo danych informacji. Skrzynka odbiorcza bohaterki co rusz atakowana była przykrymi wiadomościami ze strony innych; krytykowana, oskarżana, a nawet nieliczni posunęli się do gróźb. W całej tej sytuacji najbardziej przykre było to, że zespół oraz kadra uczelni nie stanęli w obronie Horczyńskiej. Kiedy wybuchła afera można by rzec, że na całą Polskę, to tylko jedna osoba była za Sabiną i wierzyła w to, że jest niewinna. To też był rodzaj testu, a jego wyniki nie spodobały się Horczyńskiej, bo na tyle osób, które uważała za przyjaciół, wiedziała, że jest wśród nich jedna jedyna dobra duszyczka, która będzie stać za nią murem. Zobaczyła, że w trudnych sytuacjach w pracy może liczyć na siebie i Elę.

„Jeśli nie masz już za kim tęsknić, to oznacza, że zostałeś na tym świecie sam. Ona jednak tęskniła, chociaż nie byli to realni ludzie, a jedynie ich wspomnienie. Tyle wystarczyło, by na nowo wskrzesić uczucia, które towarzyszyły jej dawno, dawno temu”

Kolejną sprawą, która nie dawała mi spokoju, to sytuacja pomiędzy Anielą i Sabiną. Wiem, że więź między dzieckiem a matką jest bardzo ważna. Niestety tutaj została zaburzona. Aniela swoim postępowaniem skrzywdziła córkę. Nieprzepracowana relacja i brak chęci jej odbudowania przez lata sprawiła, że Sabina odsunęła się od matki. Miała do niej żal za to, że zostawiła ją, a sama wyjechała, by malować. Ten żal nie pozwolił jej na nowo ułożyć więzi, której tak bardzo jej brakowało. Kiedy matka próbowała jej pomóc w sytuacji z pracą, ta atakowała ją, że sama sobie poradzi. Nie widziała, że Aniela chciała pomóc swojemu jedynemu dziecku. Każda rozmowa kończyła się wylewaniem żalów i pretensji, wywlekanie przeszłości przez Sabinę. Trzymałam kciuki za tę relację, bo w duchu wierzyłam, że jest szansa na to, by ją odbudować. Bohaterkę trzymała w ryzach jej przeszłość, która nie dawała jej spokoju. Chciała mieć dobrą relację ze swoją matką, ale przez tęsknotę za rodzicielką za czasów dzieciństwa, nie potrafiła tego zrobić. Przez lata uczucia kłębiące się w niej nie pozwalały jej na szczerą rozmowę z Anielą. Zamiast porozmawiać wolała z nią wojować i nie dać szansy na jakiejkolwiek wytłumaczenie.

„Zawsze powtarzał Sabinie, że pisane słowo jest jak ślad. Stanowi pamiątkę naszego istnienia, mobilizuje do realizacji złożonych obietnic i pozwala zatrzymać na dłużej ulotne myśli”

Kiedy starsza córka Sabiny Klara oznajmia jej, że wyjazd do Dworu na Lipowym wzgórzu będzie dla niej dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza, że Aniela wyjeżdża z Witkiem w długą podróż. Z początku niechętna Sabina nie chce się zgodzić na wyjazd, ale jak się dowiaduje, że nie będzie tam jej matki, zmienia zdanie. W jej głowie jednak pojawia się milion myśli naraz, a zwłaszcza o mieszkańcach dworu, którzy zapamiętali ją z dnia ślubu Anieli i Witka. Bała się jak ją przyjmą i jak jej pobyt, w tym miejscu, w Lipowczanach, gdzie się wychowała. Wspomnienia wracają do niej z niewyobrażalną siłą. Kiedy wyjeżdża ze swojego mieszkania z Warszawy to właśnie te myśli krążą po jej głowie. Jadąc na dwór przez potworną burzę dostrzega mężczyznę, który został ciężko pobity. Ratuje go, a to wydarzenie sprawia, że Sabina czuje się odpowiedzialna za niego. Poznaje również w Lipowczanach jeszcze jednego mężczyznę, a mianowicie tajemniczego Znachora, który zaraża ją swoją pasją. Zielarstwem. Odmiana jaka zaszła w bohaterce podczas pobytu we dworze jest oszałamiająca to właśnie tam zaznaje spokoju, którego szukała. Ponadto pomiędzy nią a uratowanym przez nią mężczyzną zaczyna rodzić się uczucie, które sprawia, że Sabina czuje się jak nastolatka.



Powiem szczerze, że ta część pochłonęła mnie bez reszty. Wróciłam do miejsca i do bohaterów, których pokochałam. Poznałam bliżej Sabinę i wreszcie udało mi się po jakieś części zrozumieć bohaterkę. Nie mogłam się nadziwić zmianie, jaka w niej zaszła, ze stresowanej kobiety, pełnej lęku i braku chęci do życia po wybuchu afery, zauważyłam kobietę spokojną i pełną pozytywnych myśli, ale przede wszystkim kobietę, która zaczęła rozumieć wiele spraw. Miło było patrzeć jak z nerwowej i niespokojnej bohaterki ta zyskuje wewnętrzny spokój. Miejsce, a także ludzie z dworu sprawiają, że Dwór na Lipowym wzgórzu to wyjątkowe, ale i niepowtarzalne miejsce, w którym rodzą się nowe historie, w którym rodzą uczucia, w którym wspomnienia odżywają. Losy Sabiny zaczynają się rozjaśniać, a jej nowy cel, nowe życie, uczucie, które rodzi się w jej sercu sprawiają, że bohaterka staje się swoją lepszą wersję siebie. W końcu odsuwa od siebie przeszłość i pozwala płynąć przyszłości. Nie pisze już  czarnych scenariuszy. Żyje z dnia na dzień, nie myśli już tak dużo. To w tym miejscu wszystkie karty przeszłości Sabiny stają dla niej otworem. Tajemnica skrywana przez lata przez matkę w końcu zostaje wypowiedziana. Co się stanie z uczuciem, które dopiero co rozkwitło? Co stanie z jej dawną pracą? Czy wygra rozprawę? Jeżeli chcecie się tego dowiedzieć to sięgnijcie po książkę! Gorąco polecam! Rewelacyjna!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Muza

Do poczytania, Amigo
Arystokratka J.

stycznia 06, 2020

Jak na co dzień budować szczęśliwą relację z partnerem, czyli "Krótka recepta na udany związek"

Jak na co dzień budować szczęśliwą relację z partnerem, czyli "Krótka recepta na udany związek"

„Jak na co dzień budować szczęśliwą relację z partnerem. Krótka recepta na udany związek”
Autor: Ewa Z.
Kategoria: poradnik
Wydawnictwo: Novae Res
Stron: 191

Poradniki. Temat rzeka. Choć na ogół bardzo lubię od czasu do czasu sięgnąć po taki poradnik (z różnych kategorii), to są i takie, których unikam, jak tylko mogę. Nie lubię, gdy ludziom zarzuca się głupoty typu „o, nie umiesz sama sobie poradzić z partnerem, musisz od razu czytać te pierdoły?”. Nie zawsze czytelnicy sięgają po tego typu książki tylko dlatego, że SAMI nie wiedzą, co zrobić i szukają pomocy. Często po prostu interesuje ich poruszana w poradniku tematyka. Tak było ze mną w przypadku „Krótkiej recepty na udany związek”. Niestety, receptą bym tego nie nazwała. Na udany związek również. Książka jest oczywiście poradnikiem, ale jednym z tych, co w szczególności unikam, by nie dokładać sobie zbędnej wiedzy lub czegoś, co sama już wiem. Być może nie jestem psychologiem, nie otrzymałam dyplomu, lecz większość tego, co przeczytałam w „Krótkiej recepcie na udany związek” to rzeczy, z których w pełni zdaje sobie sprawę. Komu mogłabym polecić ten poradnik? Kobietom, które nie wiedzą, jak powinien wyglądać zdrowy, udany związek. Kobietom zagubionym, które nie mają bladego pojęcia, co robią (lub partnerzy) źle. Ja osobiście podążę jednak ścieżką, którą  sama sobie wytoczyłam, bez rad, które niejednokrotnie podniosły mi ciśnienie, zważywszy na liczne kategoryzowanie czy wsadzanie wszystkich do jednego worka bądź też kolejne sprzeczności, w ogóle ze sobą nie współgrające.

„Życie to nie bajka, a splot wielu wydarzeń, kształtujących nas doświadczeń oraz niespodziewanych sytuacji”

„Krótka recepta na udany związek” to niedługi poradnik podzielony na dwadzieścia osiem rozdziałów, z czego każdy skupia się na innym aspekcie. Mamy tu do czynienia z tematem zdrowego egoizmu, akceptacji różnic, czy przeciwieństwa rzeczywiście się przyciągają, czy wiemy, czego poszukujemy, gdzie znaleźć wymarzonego partnera czy na przykład co bawi, a co denerwuje mężczyzn w kobietach. Czasami wiele rzeczy z różnych rozdziałów powtarzało się lub mowa była o dosłownie tym samym, tylko ubranym w inne słowa. Choć na początku bardzo spodobało mi się to, jak Autorka przekazuje czytelniczkom (bo to właśnie do nich jest skierowana książka) nabytą wiedzę, im dalej w las, tym gorzej. Sama interesuję się psychologią, więc wiele z tego, o czym pisała Ewa Z. nie było mi obce, doskonale o tym wiedziałam. Mimo to postanowiłam dać szansę temu poradnikowi, jednak wiem, że raczej do niego nie wrócę. Nie był dla mnie. Być może dlatego, że posiadam już pewną wiedzę, a wszystko to, o czym czytałam, było znajome. Być może dlatego, że poradnik został napisany w ten sposób, który nie odpowiada komuś takiemu jak ja.

Według mojej opinii poradnik zawierał wiele sprzeczności. Nie wiem, czy Autorka troszkę się pogubiła w tym, o czym pisze, czy może był to zabieg celowy, jednak miałam wrażenie, że wielokrotnie zaprzeczała sama sobie i temu, co pisała wcześniej. Dla uściślenia podam przykład. 

„Nie chodzi o to, abyś zawsze mu ustępowała, ale wiele problemów jest na tyle mało istotnych z perspektywy całego życia, że szkoda czasu na zbędne kłótnie”

Po czym...

„Nie znaczy to, że nie powinnaś wyrazić swojego zdania”

Wiem, o co chodziło Autorce, ale mamy nie tracić czasu na kłótnie, jednak i tak wyrazić swoje zdanie, które koniec końców do kłótni może doprowadzić.
Nie zgodzę się również z kategorycznym zdaniem pani Ewy Z. w sprawie tego, że przeciwieństwa się NIE przyciągają i na dłuższą metę takie relacje nie wytrzymują. Właśnie, ulubione powiedzenie psychologów: TO ZALEŻY, więc może nie zakładajmy z góry, że takie związki nie mają przyszłości lub prędzej czy później legną w gruzach. Znam wiele par, które kompletnie się różnią, ale świetnie się ze sobą dogadują, wzajemnie uzupełniając. Nie dzieli ich wszystko, ale zdecydowanie można dostrzec różnice. To samo tyczy się kwestii, że dobrze by było, gdyby partnerzy mieli podobne przekonania polityczne/religijne, ich rodziny kierowały się tymi samymi wartościami itd. Nie zawsze każda relacja, w której partnerzy różnią się pod tymi względami, będzie złą i nieudaną relacją. Również obserwuję swoich znajomych, swoje otoczenie, samą siebie, dzięki czemu mogę dostrzec różne rzeczy. Na swoim przykładzie powiem, że nie, nie wszystkie pary różniące się światopoglądem czy spojrzeniem na politykę, kiedyś się rozstaną. Mój były partner był Niemcem, chrześcijaninem, pochodził z zamożnej, bardzo wykształconej rodziny wychowującej go w luźny sposób. Rodzinność, bycie skromnym i altruistycznym to ważne wartości, którymi kierowali się, wychowując swojego syna, mojego byłego partnera. Ja, polska kobieta, agnostyk z krwi i kości, wychowująca się z wrażliwą, romantyczką mamą wpajającą do głowy podobne wartości, ale w zupełnie inny sposób, rozstałam się z partnerem nie dlatego, że dzielił nas inny światopogląd, religia, pochodzenie, mentalność czy poglądy polityczne. Nie będę tu zwierzała się z całego życia, ale powody odbiegały od tych, za które uważa Autorka jako rozpad związku.

„Mimo to jest naprawdę dużo łatwiej, kiedy partnerzy wyznają podobne wartości w kwestii chociażby religii, bycia ateistą lub nie”

Ale czy łatwiej to nie droga na skróty? Może i łatwiej, ale czasami ciężka i wywalczona ścieżka jest bardziej satysfakcjonująca, nawet trochę ekscytująca.

„Oczywiście element romantyzmu jest czymś, o czym marzy każda z nas, ale drogie panie – nie popadajmy w przesadę”

Ważna kwestia. Nie wsadzajmy wszystkich do jednego worka. Nie kategoryzujmy, bo „my tak, mężczyźni tak”. Nie każda kobieta marzy o romantyzmie, o kwiatuszkach, czułych wyznaniach, miłości jak z bajki i nie każdy mężczyzna jest alvaro podbijającym do pięknych dam. Obsadzanie kobiet w roli romantyczek tylko powiela stereotypy, które nie są nikomu potrzebne. W dzisiejszych czasach wiele pań nie preferuje nadmiernej romantyczności, a niektóre w ogóle jej nie lubią, więc mówienie za wszystkie to kategoryczny błąd.
Przyznam otwarcie, że „Krótka recepta na udany związek” jako poradnik nieco mnie zawiódł. Spodziewałam się czegoś więcej, jednak nie można dostać wszystkiego, wtedy życie byłoby za piękne. Tak, jak wcześniej wspomniałam, sama po tę książkę raczej już nie sięgnę i nie wrócę do niej, zdecydowanie pozwolę Losowi na wysuwanie własnych kart i zdam się na moją intuicję oraz przekonania. Mimo to, jeśli lubicie poradniki i macie ochotę sami sprawdzić, co w trawie piszczy, zapoznajcie się z „Krótką receptą na udany związek” i dajcie znać, co Wy sądzicie o radach i refleksjach zawartych w tej książce. A nuż widelec komuś pomogą i uszczęśliwią. J

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Novae Res.



Do poczytania,
Arystokratka A./Aga

stycznia 03, 2020

Recenzja patronacka: "Konsorcjum. Tom II"!

Recenzja patronacka: "Konsorcjum. Tom II"!

„Konsorcjum. Tom II”
Autor: A.S. Sivar
Kategoria: romans/literatura erotyczna
Wydawnictwo: WasPos
Stron: 604
Premiera: 15 listopada

Długo wyczekiwałyśmy na kontynuację losów naszych ukochanych bohaterów. Brakowało nam humoru, do którego zdążyłyśmy się przyzwyczaić. Brakowało nam tych szalonych pomysłów oraz sposobu bycia kochanej Aśki, której wystarczyła chwila, aby wybuchnąć; brakowało również kokieteryjnej Nadii, zniewalająco boskiego, jak nazywa go Cruz, boga seksu Dominica Alexandrowa oraz oczywiście Kamila i jego zabawnych komentarzy kierowanych w stronę przyjaciela. Stęskniłyśmy się za całą ekipą, dlatego kiedy książka trafiła w nasze ręce (a był to bardzo długi proces, za który obwiniamy pocztę niemiecką), szybko się za nią zabrałyśmy. Ta książka zawiera wszystko to, co uwielbiamy najbardziej. Nie mogłyśmy się nadziwić gamą uczuć, w których wir wciągnęła autorka. W jednej sekundzie śmiałyśmy się, a w następnej potrafiłyśmy zalewać łzami z bohaterami. Nie wiemy, jak A. S. Sivar to zrobiła, ale trzymała nas w napięciu za każdym razem, z każdą kolejną akcją, czekałyśmy na rozwój wydarzeń; niektóre mroziły krew w żyłach, zaś inne powodowały salwy śmiechu. Nie mogłyśmy się nadziwić nastrojom Aśki i Nadii, które w jednej sekundzie obmyślały plany zemsty na swoich ukochanych, karając ich w sposób, który zżerał ich z zazdrości za każdym razem. Pokładałyśmy się ze śmiechu nie raz i nie dwa, gdy czytałyśmy o wyczynach Asi, i nie mogłyśmy utrzymać powagi, kiedy oczami wyobraźni widziałyśmy zbolałą minę Kamila. Podobnie było z Nadią i Dominikiem.

Przez trzy czwarte książki w naszych głowach tłukło się jedno pytanie, a mianowicie: ile jesteśmy w stanie wycierpieć dla drugiej osoby? Ile jesteśmy znieść tego, co skrywa przeszłość albo okrutna prawda, która może nas zniszczyć albo uratować? Ile kosztuje tak naprawdę miłość? Niekiedy nie jesteśmy w stanie znieść ciężaru, problemów jakie są nań podtykane pod nogi, nakładane nam na barki. Bowiem miłość to nie tylko słodka bajka, w której wszystko idzie po naszej myśli. To nie jest raj, w którym problemów nie ma. W każdej miłości nie raz i nie dwa dochodzi do nieporozumień między dwiema stronami, wówczas niezrozumienie, zranienie zdaje się być nie tyle, co bolesne, a krzywdzące. Będąc w samym huraganie uczuć, jakie dzieją się u Dominica i Nadii nie raz i nie dwa zalewałyśmy się łzami wraz z bohaterką. Z początku nie wiedziałyśmy, co oznacza dziwne zachowanie mężczyzny, którego usilnie próbowałyśmy rozszyfrować. Zastanawiałyśmy się, co ukrywa przed ukochaną Alexandrow. Ogień, który dało się wyczuć pomiędzy Nadią a Dominikiem rozpalał niejednokrotnie. Co się stanie między bohaterami, gdy kobieta odkryje wszystkie karty przeszłości jak i teraźniejszości swojego ukochanego? Czy miłość, która ich połączyła będzie w stanie przetrwać zabiegi tych dwojga? Miłość wybacza wiele, potrafi rozgrzać nawet najbardziej zlodowaciałe serce, ale czy jest dostatecznie silna, by przetrwać?

„Ten facet jest jedynym, co może mnie zniszczyć i właśnie powoli, krok po kroku skutecznie to robi”

Kiedy karty tajemniczego Konsorcjum opadają, a czytelnik wraz z bohaterką odkrywa kawałek po kawałku większość sekretów może dostać zawrotów głowy. Powiemy szczerze, że z początku tak jak Nadia, nie rozumiałam większości zasad panujących tam, które robiły mi nie tylko mętlik w głowie, ale i sprawiały, że przez cały czas starałyśmy się to wszystko zrozumieć. Zrozumieć, na jakich prawach działa Konsorcjum. Nasza radość z odkrycia mieszała się z przerażeniem, kiedy odkrywałyśmy po kolei karty konsorcjum. Nie mogłyśmy się nadziwić, jak razem to wszystko grało i nie zawaliło się. Sivar spisała się na medal, wciągając czytelnika w wir akcji i niebezpiecznej gry, która jest niczym przejażdżka na rozpędzonym rollercoasterze. Kłamstwa mieszają się z prawdą, a natężenie akcji i jej rozpęd przyszpila do fotela nie dając najmniejszej szansy czytelnikowi zmrużyć oka, a co dopiero uciec.

„Prawda jeszcze nigdy nie była tak okrutna”

Czy miłość jest w stanie nas zniszczyć? Przeżywając wszystkie uczucia Nadii, jej rozterki, jej zmartwienia, jej obawy, jej lęki, czy załamania widziałyśmy, jak mocno miłość dała się jej we znaki, a jej rozpacz łamała serce. Niestety, próby oszukania tego organu nie idą zgodnie z naszymi planami. Możemy oszukiwać, jak długo chcemy, ale niestety nie jesteśmy w stanie zatuszować, wymazać, nie tyle co wspomnień, a uczucia, które rozpala nas od środka i sprawia, że stajemy się lepszą, ale i szczęśliwszą wersją samych siebie. Wsparcia nie zabrakło, a czas spędzony z najbliższymi dawał kobiecie czas, by choć na moment móc nie myśleć o mężczyźnie, który nie tylko podbił jej myśli, ale i serce.
Druga część „Konsorcjum” nie tylko nas zaskoczyła, ale nie raz i nie dwa wypruła z wszelakich emocji. Autorka sprawiła niebywałą frajdę z przygody w towarzystwie ukochanych bohaterów, ale też zmroziła krew w żyłach. Akcja za akcją. Nie mogłyśmy się oderwać od tej przygody, a odkrywanie tajemnic mrocznego konsorcjum potęgowało satysfakcję wciąż niezaspokojonej ciekawości. Nie wiemy, jak przeżyłybyśmy bez humoru i komentarzy otuchy ze strony Kamila, który nie raz i nie dwa dodawał wsparcia razem ze swoją szaloną Aśką. Nie powiemy, że nie bawiłyśmy się znakomicie, kiedy dziewczyny robiły na złość swoich partnerom, doprowadzając ich do białej gorączki, a nas do niepohamowanych wybuchów śmiechu. Szczerze mówiąc, takich wariatek jak one dwie nie jest się w stanie nie lubić. Druga część wyczekiwanych losów, a my już odczuwamy niedosyt historii Dominica, Nadii, Kamila i Aśki. Śmiemy rzec, że jest jeszcze bardziej pikantna, jeszcze bardziej ognista, a w dodatku mrozi krew w żyłach swoją akcją od pierwszej strony. Gorąco polecamy! Świetna, pikantna, tajemnicza, mroczna, wręcz doskonała. Autorce gratulujemy kolejnej udanej i jakże świetnej książki i z wyczekiwaniem oczekujemy następnej części! Nie możemy się doczekać, co przygotuje w trzecim tomie.

Za możliwość przeczytania i patronowania książce dziękujemy A.S. Sivar oraz Wydawnictwu WasPos.



Do poczytania,
Arystokratki spod księgarni
Julia & Aga

stycznia 01, 2020

Nie kuś, bo się jeszcze skuszę, czyli "Smak pokusy"! Trochę o wyjątkowym debiucie.

Nie kuś, bo się jeszcze skuszę, czyli "Smak pokusy"! Trochę o wyjątkowym debiucie.

„Smak pokusy”
Autor: Riva Scott
Kategoria: literatura obyczajowa/romans
Wydawnictwo: WasPos
Stron: 492
Premiera: 16 grudnia 2019

Wreszcie przyszedł czas, by opowiedzieć Wam trochę o debiucie mojej wyjątkowej koleżanki po fachu, Rivy Scott. Ogromnie kibicowałam jej i cieszę się, że mogę trzymać tę książkę w swoich rękach. Ta piękna oprawa graficzna skrywa naprawdę interesujące wnętrze, na które warto zwrócić uwagę. Riva bowiem ma do zaoferowania całkiem ciekawą paletę tak różnych emocji i uczuć, które będą Wam towarzyszyć na każdym kroku w trakcie lektury. Zawsze Wam wspominam, jak ważne są dla mnie emocje grające w powieściach kluczową rolę. Na szczęście Riva mnie nie zawiodła, oferując pełen pakiet różnorakich uczuć. „Smak pokusy” nie sklasyfikowałabym jednak jako typowy romans czy literaturę obyczajową. Oprócz elementów typowo romansowych i erotycznych, mamy tu również powiew mroku, urywki niczym z kryminału czy thrillera, także sami widzicie, to niezła kompozycja, prawda?

„Byliśmy dwiema osobnymi duszami, dryfującymi w oceanie obcych ciał, gdy los połączył nas w jedno. Jak kwiat potrzebuje wody, by rosnąć, tak ja potrzebowałem Marii Reyes by żyć. Była moim całym światem, na niej się zaczynał i kończył”

„Smak pokusy” opowiada o losach dwójki zupełnie różnych od siebie osób. Mowa o bardzo rodzinnej, pomocnej, altruistycznej Rii; o dziewczynie ze złotym sercem, która prawdopodobnie nie skrzywdziłaby nawet muchy. Chociaż jej temperament jest dość ostry, a niewyparzony język mógłby czasami się schować, to naprawdę wyjątkowa i barwna postać, która zachwyca swoim charakterem i usposobieniem. Na jej drodze życia staje niezwykle arogancki, bezczelny i władczy przedsiębiorca, Carter Green. Choć na początku niezbyt polubiłam się z samym Carterem, w pewnym momencie, nawet nie wiem kiedy, udało mi się nawiązać z nim nić porozumienia. Nie zachwycił mnie do tego stopnia, bym padła mu do stóp, jednak zdążyliśmy się polubić. Wiele osób zarzeka się, że wcale nie potrzebuje miłości i uczuć do życia, że to zbędne, niepotrzebne, zabiera mnóstwo czasu, by na końcu i tak zranić, wbijając ostry nóż prosto w serce. Wiele osób tak mówi, ale to nie znaczy, że wewnątrz nie czują inaczej. Wydaje mi się więc, że z Carterem było podobnie, dlatego tak dobrze się „dogadaliśmy” na przestrzeni całej lektury. Był świetnie scharakteryzowanym bohaterem, jednak moje serce podbiła sama Ria. Mało kiedy spotyka się tak wielobarwną postać w romansie. Zwłaszcza damską. To już chyba klasyk, gdy trafiamy na literaturę obyczajową, gdzie nasza protagonistka to spokojna, zdystansowana, nieco płochliwa, lecz często ulegająca mężczyźnie owieczka. Znajomy obraz, prawda? Niech mnie przeczucie nie myli, ale prawdopodobnie myślicie o Anastasii Steel? Pocieszę Was. Ria jest zdecydowanie inna. To temperamentna Hiszpanka, od której bije to coś, co przyciąga do niej. Prawdopodobnie TO przyciągnęło samego Cartera. Ich historia być może nie należy do najbardziej oryginalnych, ale zawiera w sobie tę magię, która sprawia, że „Smak pokusy” zostaje w pamięci na dłużej.

„To prawdziwe życie, tutaj nie ma obrzydliwie słodkich happy endów”

„Smak pokusy” to prawdziwa gratka dla fanów romansów z nutką mrożącej krew w żyłach akcji.  Nie ma co owijać w bawełnę. Świetna akcja z równie świetnymi bohaterami potrafi przyciągnąć do siebie rzeszę czytelników, wobec tego nie dziwię się, że Riva zbiera pozytywne opinie o jej pierwszym, debiutanckim dziele. Skoro więc mowa o debiucie. Jest jak najbardziej udany, czego jeszcze raz ogromnie gratuluję Autorce. Życzę, by jej kolejne książki również osiągnęły status bestsellera, by cieszyły się takimi dobrymi recenzjami.

Wracając jeszcze na moment do „Smaku”, muszę zaznaczyć, że kilka razy trafiałam na fragmenty, po których w mojej głowie zapalała się czerwona lampka i ledowy napis „GREY!”. Wydawało mi się wtedy, że skądś znam ten tekst, znajome słowa, ale po chwili to uczucie znikało, gdyż akcja za bardzo wciągała, a bohaterowie na powrót porywali mnie do swojego świata. Być może to uczucie jest spowodowane tym, że przeczytałam już tak wiele romansów, że niekiedy wszystkie mi się mieszają. W każdym razie nawet nie śmię nic porównywać, bo nie ma czego, tak właściwie. „Smak pokusy” jest zupełnie inną historią. Tak, jak wspomniałam, wielobarwną, która ma do zaoferowania coś więcej niż sam pikantny romans powodujący wypieki na twarzy. Bardzo podobał mi się wątek rodzinny oraz samej przeszłości bohaterki. Był on rozwinięty i spowodował, że moje serce łamało się w drobny mak. Cieszę się, że Riva trochę mu poświęciła, przybliżając czytelnikowi to, z czym musiała się mierzyć Ria. Postaci poboczne też zrobiły mały szum, dzięki czemu mogłam im się bliżej przyjrzeć.
Podsumowując, jestem ogromnie dumna i zadowolona z lektury. Jak na debiut wypadł świetnie! Dobra robota, kochana! Cieszę się, że postanowiłaś rozbić tę serię na tomy, dzięki czemu nie muszę się rozstawać z wieloma bohaterami na zawsze. Niecierpliwie wyczekuję kolejnych Twoich dzieł, życząc samych sukcesów w świecie literackim! ;)

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Rivie Scott oraz Wydawnictwu WasPos.




Do poczytania,
Arystokratka A./Aga

grudnia 28, 2019

O, psiakość, ależ to będą... "Rozmerdane święta"!

O, psiakość, ależ to będą... "Rozmerdane święta"!

„Rozmerdane święta”
Autor: Agnieszka Olejnik
Kategoria: literatura obyczajowa (świąteczna)
Wydawnictwo: Kobiece
Stron: 335

Tę recenzję zaczniemy od moich kilku słów na temat książek tego typu. Nigdy wcześniej nie czytałam nic świątecznego. Zdecydowanie wolałam usiąść w wygodnym fotelu, z przyszykowanymi przekąskami i kubkiem ciepłej herbaty, i po raz setny obejrzeć Kevina czy Grincha. Święta to czas, gdzie mało kiedy mam ochotę na książki, gdyż nie pozwalają na to liczne obowiązki, ale w trakcie tych trzech dni obejrzenie filmu z rodziną, przy cieście, nie stanowiło problemu. Dodam jeszcze, że powieści, w których kluczową rolę gra bohater-zwierzę, też nie były czymś, co lubiłam. Nie dlatego że jestem nieczułą fanką ludzi, wręcz przeciwnie, kocham zwierzęta, ale powieści z chociażby pieskiem jako jedną z głównych postaci, nie wpadały w moje gusta. Te święta były jednak zupełnie inne niż wcześniejsze. Zarówno pod względem prywatnym, tak i czytelniczym, gdyż trafiła mi się okazja przeczytać książkę zawierającą zarówno motyw świąteczny, jak i zwierzęcy. Przełamując lody postanowiłam sięgnąć po „Rozmerdane  święta”, czego, na szczęście, nie żałuję. To było naprawdę miłe zaskoczenie, które zapamiętam na dłużej niż na dwa dni.

„— Nie wiem, czy pan zauważył — odważyłam się zagadać — że z sentymentami i wspomnieniami bywa różnie. Czasem człowiek zapamięta coś z dzieciństwa jako najpyszniejsze na świecie, a potem, po latach, smak już nie ten. I ot, rozczarowanie”

„Rozmerdane święta” to wyjątkowa powieść, która dotarła prosto do mojego serca. Nieco rozczuliła, nieco rozbawiła, nieco przeraziła. Choć nie jest to najbardziej oryginalna książka, nie porusza nieszablonowych tematów, których nie poruszali w swoich dziełach inni autorzy, zapada w pamięć jako wyjątkowa na swój sposób powieść nie tylko o świętach, ale samej miłości. Książka nie skupia się wyłącznie na jednym konkretnym bohaterze i jego losach, lecz na kilku, których łączy jedna, malutka, nieco kudłata istotka: Ziyo, psiak ocalony dzięki zrządzeniu losowi, dzięki przypadkowi. Wątek związany z tym pieskiem najbardziej zapadł mi w pamięć, gdyż jestem wyczulona na krzywdę zwierząt. Porzucenie? Zamknięcie w pudełku i wyrzucenie gdzieś pod śmietnik? Przemoc? Głodzenie? Jeśli ktoś nie wie, jak zająć się takim zwierzęciem, może lepiej zgłosić się o pomoc do odpowiednich miejsc, ale nie porzucać, nie robić krzywd! To istoty żywe i do dziś przerażają mnie sytuacje, w których ofiarą brutalnych pobić czy nawet zabójstw padają niewinne zwierzęta. Ziyo od początku swojego życia ma pod górkę, jednak los stawia na jego drodze ludzi gotowych do pomocy. I choć nie jest tak łatwo, jak mogłoby się wydawać, to miłość i ratunek powoli nadchodzą, by zagościć na dłużej.
W powieści Autorka porusza wątek kilku bohaterów, w tym: Olgierda, polonisty pełnego pasji i zamiłowania do swojego zawodu, Krystyny, matki naszego nauczyciela, Sary, nieco zagubionej pięknej pani wuefistki, Stanisława, starszego szefa Krysi oraz Małgosi, samotnej matki, która nie zawsze radzi sobie z macierzyństwem i wychowywaniem syna. Tych bohaterów łączy jedno. Miłość. Miłość, której albo mają w nadmiarze (jak w przypadku Krystyny), albo nie mają wcale i jej poszukują. Mówi się, że na każdego przyjdzie czas, toteż postaci „Rozmerdanych świąt” również cierpliwie czekają, aż to piękne uczucie w końcu zapuka do ich własnych drzwi.

Sami bohaterowie są niezwykle autentyczni i naprawdę aż miło się czyta o ich przedświątecznych perypetiach. Za samą książkę zabrałam się przed Bożym Narodzeniem, jednak mogę śmiało powiedzieć, iż „Rozmerdane święta” nie jest typowo świąteczną książką. To nawet dobrze, bo nie wyobrażam sobie mojego pierwszego spotkania z tego typu literaturą, gdzie od samego początku atakują mnie choinki, pakowanie prezentów, miłosny szał przed Wigilią i Nowym Rokiem. Jak na powieść świąteczną, świąt było tu niewiele. Autorka skupiła się na wątku samego psiaka oraz pozostałych bohaterów. W szczególności polubiłam się z Olgierdem oraz Stanisławem. Tych dwoje wywołało we mnie najwięcej emocji, zwłaszcza Olgierd z Ziyo. Na przestrzeni 335 stron postawa tej postaci do pieska zmieniła się tak diametralnie, że samej ciężko było mi w to uwierzyć, jednak koniec końców zostałam mile zaskoczona, a Olgierd nadrobił wiele straconych wcześniej punktów. Co do pań, zdecydowanie momentami miałam dość spotkań z nadopiekuńczą Krystyną oraz pogubioną życiowo Sarą. Kobiety te potrafiły niejednokrotnie wywołać litościwy uśmiech lub przewrócenie oczami. Mimo to podobało mi się, że każda z postaci ma swój unikatowy charakter, a pani Olejnik nie pogubiła się, tworząc książkę z wieloma „głównymi” bohaterami naraz.

„— A gdyby to był człowiek? — zapytał smutno. — Gdybym to był ja? Albo gdybyś to była ty? Dlaczego ludzie są przeciwni eutanazji, jeśli chodzi o nasz gatunek, a tak łatwo skazują na śmierć inne stworzenia?!”

„Rozmerdane święta” były naprawdę miłą odskocznią od tych wszystkich moich romansideł i thrillerów czekających na swoją kolej. Agnieszka Olejnik sprawiła, że w przyszłym roku przed Bożym Narodzeniem na pewno sięgnę po więcej świątecznych książek. Może nawet skuszę się na coś o jakimś psim bohaterze? Zdecydowanie ciężko było mi się rozstać z Ziyo, dlatego psie postacie, gdzie mogę się Was spodziewać? ;) Książkę polecam nie tylko na okres świąt, bo jak dobrze wiemy, ten okres już minął, ale na każdą inną porę również. Tak, jak wcześniej wspomniałam, to powieść nie tylko o jakże rozmerdanych świętach, ale o poszukiwaniu miłości, o okrutnych, lecz i tych wspaniałych ludziach, o samym życiu...

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiece.



Do poczytania,
Arystokratka A./Aga

grudnia 08, 2019

Poszukiwanie własnej ścieżki z "Nie wiem, gdzie jestem"!


„Nie wiem, gdzie jestem”
Autor: Gayle Forman
Kategoria: literatura młodzieżowa
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Stron: 391
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Premiera: 04.06.2019

Kiedyś wspominałam, że nie przepadam za literaturą młodzieżową, gdyż nie zapewnia mi tego, czego potrzebuję. Do szczęścia wystarczą mi tylko emocje, dobra historia, barwni bohaterowie i świetnie poprowadzona akcja, która coś we mnie wzbudzi, sprawi, że zatrzymam tę powieść na dłużej. Na dłużej zarówno w sercu, jak i w pamięci. Mało jest młodzieżówek, które dają mi to szczęście. Lubię, gdy książki przekazują ważne wartości, są spowite jakąś mądrością, która poprowadzi młodych ludzi czytających te powieści. Gayle Forman to autorka, za którą nie przepadam. Niezbyt odpowiadają mi jej dzieła, ale postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę przy najnowszym dziele „Nie wiem, gdzie jestem”. Szczerze mówiąc zainteresował mnie sam tytuł, gdyż chcąc nie chcą sama znajduję się w ciężkim do określenia położeniu. Stoję na rozstaju dróg, zastanawiając się, którą ścieżkę powinnam obrać. Stwierdziłam więc, że może chociaż ta książka nieco mi pomoże. Odnajdę siebie. Odnajdę dobrą drogę. Czy tak było? Nie do końca. Nie do końca kupiłam tę historię, nie do końca zauroczyłam się nią, nie do końca oddałam serce. Jedno jednak jest pewne. Była świetną młodzieżówką, a mówię to niezwykle rzadko.

„— Słyszysz, jak wylewają swój smutek? Jak wyśpiewują to, czego nie potrafią powiedzieć? — Pokazał mi kiedyś zdjęcia tych pięknych kobiet o pięknych głosach. — One są jak drzewo jakaranda: podwójnie obdarowane przez los — powiedział. — Tak jak ty”

Powieść opowiada o losach trójki nieznanych sobie bohaterów. Każde z nich prowadzi zupełnie inne życie. Freya jest raczkującą piosenkarką, dopiero stawia pierwsze kroki w branży, która sporo od niej wymaga, kocha śpiewać, lecz w pewnym momencie nawet jej głos ją zawodzi. Harun to gej, który ukrywa swoją orientację, a jego rodzina pragnie, by wreszcie znalazł sobie żonę. Chcą go wysłać do Pakistanu, aby wrócił z właściwą kobietą u boku. Chłopak boi się przyznać do bycia gejem, przez co traci bliską mu osobę. Nathaniel natomiast to zagubiony młody mężczyzna, który sam do końca nie wie, gdzie się znajduje, jak ruszyć dalej. Od zawsze opiekę nad nim sprawował nie do końca zdrowy na umyśle ojciec, dlatego i Nathaniel jest nieco zagubiony, zdezorientowany. Gdy więc na jego głowę spada, dosłownie, śliczna dziewczyna, Freya, a świadkiem wydarzenia jest Harun, losy tej trójki splatają się i nie mogą nagle przestać istnieć. Są jak brakujące elementy w ich własnych układankach.
„Nie wiem, gdzie jestem” od początku wzbudziło we mnie pozytywne emocje. Lubię książki napisane lekkim stylem, opowiadające konkretne historie, jednak zawsze mam problem, gdy historia dotyczy więcej niż dwóch bohaterów. Tym razem trafiłam na zgrane trio i choć losy Nathaniela porwały mnie najmniej, całość dobrze ze sobą współgrała. Myślę nawet, że nie zatęsknię za postaciami, gdyż moje spotkanie z nimi było dość szybkie i krótkie. Nim zdążyłam do nich przywyknąć, zaakceptować, polubić, musiałam się żegnać, zamykając plik. Byli dobrze wykreowani, mieli własne, unikatowe charaktery, lecz mnie nie kupili. Nie było w nich tego czegoś, co uwielbiam w bohaterach. Nie mogłam ich ubóstwiać nad życie ani nawet nienawidzić. Po prostu byli, bo byli. Mimo wszystko najbardziej z całej powieści poruszyło mnie życie Frei, dziewczyny, która urodziła się z pieśnią na ustach. To, co jej się przytrafiło, jak potraktował ją ukochany tata, zabolało moje serce. Wątek z ojcem zawsze mnie rozczula, w szczególności, gdy ma on taki wydźwięk, jak w „Nie wiem, gdzie jestem”. To był zdecydowanie mój ulubiony wątek w tej powieści.

„— Czy to nie jest smutne, kiedy się widzi tak wiele umierających ludzi? — zagadnąłem.
— Każdy z nas kiedyś umrze — odparł Hector, masując nadgarstki babci. — To jedyna pewna rzecz w życiu, a także jedyna, która łączy nas ze wszystkim, co istnieje na tej planecie”

„Nie wiem, gdzie jestem” porusza ważne kwestie, uświadamiając nie tylko młodym ludziom, ale i tym starszym, co jest w życiu istotne. Nie tylko gonitwa za karierą, pieniędzmi, sławą i kolejnymi polubieniami przy najnowszym zdjęciu na Instagramie. Istotne są więzi rodzinne, które warto pielęgnować, by nie umarły śmiercią naturalną. Istotne jest poszukiwanie samego siebie z ludźmi, którzy chcą nas wspierać, którzy nas kochają, którzy chcą naszego szczęścia. Istotna jest prawda, która działa bardziej kojąco niż kolejne kłamstwa. Powieść ukazuje, jak relacje między ludźmi, te dobre i te złe, mają wpływ na nas w przyszłości, jak wielkie piętno może odcisnąć czyjaś krzywda, czyjeś odejście, strata czy ciągle wciskane kłamstwa. To dobra książka, która może pomóc wielu młodym ludziom odnaleźć własną drogę w tym ciężkim życiu z licznymi przeszkodami. Mnie osobiście nie pomogła, ale ja niestety nie wliczam się już do nastolatków poszukujących samych siebie. Wiem jednak, że gdybym dostała tę książkę kilka lat temu, byłaby mi przyjacielem. Może nawet drogowskazem w wielu kwestiach. Na pewno zapamiętałabym ją bardziej niż pamiętać będę teraz. Mimo to sama powieść była krótką, lecz miłą (choć nie zawsze) przygodą po ludzkim cierpieniu, stracie, odnajdowaniu samego siebie, swojej drogi, ważnych wartości i prawdy, która może wyzwolić i oczyścić.

„Nie znają się, każde z nich ma własne życie i własne problemy, ale tutaj, w tym gabinecie, wszyscy troje mają tę samą miarę dla smutku. Tą miarą jest strata”

Gorąco polecam wszystkim nastolatkom i nie tylko. Może akurat dla kogoś ta książka będzie kolejnym drogowskazem na trudnej drodze życia. ;)

Za możliwość przeczytania e-booka dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Do poczytania,
Arystokratka A./Aga

Jeszcze trochę o świętach w styczniu... "Świąteczne drzewko życzeń"!

„Świąteczne drzewko życzeń” Autor: Emily March Kategoria: literatura obyczajowa (świąteczna) Wydawnictwo: Kobiece Stron: 344 N...

Copyright © 2016 Arystokratki spod księgarni , Blogger