lipca 07, 2019

Wzruszająca, pouczająca "A very large expanse of sea"

Wzruszająca, pouczająca "A very large expanse of sea"

„A very large expanse of sea”
Autor: Tahereh Mafi
Kategoria: literature młodzieżowa
Wydawnictwo: Electric Monkey
Stron: 297

Kiedy comebook polecała tę książkę, od razu wiedziałam, że ją zamówię. Spełniała wszystkie moje wymagania czytelnicze. Nie była zbyt długa, wywoływała emocje, a przede wszystkim zawierała interesującą mnie tematykę. Muzułmanów. Konkretnie, jednej muzułmanki, szesnastoletniej Shirin. Sporo osób o tym nie wie, aczkolwiek od bardzo dawna interesuję się kulturą arabską, islamem, mam przyjaciół muzułmanów, siedzę w temacie dość głęboko i wciąż w nim kopie. Jestem niezwykle tolerancyjna dla każdej religii, ale i niezwykle wrażliwa na jej brak. Brak tolerancji. Ubliżanie. Szykanowanie. Poniżanie. Wyśmiewanie. Wścibskość. Książka, o której dziś Wam trochę opowiem, porusza właśnie taką kwestię. Wywołuje mnóstwo skrajnych emocji. Dla mnie była ciężką przeprawą przez morze bólu, odtrącenia i skrywanego cierpienia. Po zamknięciu powieści nie potrafiłam się pozbierać. Sama Julia była świadkiem, jak próbowałam hamować potok łez, jak rzuciłam książkę na łóżko, mówiąc, że była zbyt dobra, że nienawidzę jej, jak i kocham. Być może nie ubiorę teraz moich myśli w odpowiednie słowa, ale postaram się przekazać to, co siedzi mi w głowie.

„The few friends I’d made who didn’t live exclusively on paper had collapsed into little more than memories and even those were fading fast. I’d lost a lot in our moves — things, stuff, objects — but nothing hurt as much as losing people”

Szesnastoletnia Shirin rozpoczyna rok w kolejnej szkole. Po licznych przeprowadzkach wraz z rodziną osiedla się w nowym miejscu. Dziewczyna jest bardzo wyjątkową osobą. Nie preferuje kontaktów z ludźmi, stara się ich za wszelką cenę unikać, relacje międzyludzkie są u niej na najniższym poziomie. Do wszystkich odnosi się z nieukrywaną złością i złym nastawieniem, ponieważ wie, jacy są ludzie wobec niej, wobec hidżabu, którego mogłaby nie nosić, ale zwyczajnie chce. Shirin doświadczyła naprawdę wiele złego. Usłyszała wiele okropnych słów skierowanych w jej stronę. Wielokrotnie została wsadzona do jednego wora wraz z terrorystami. Jednak na swojej drodze po raz pierwszy spotyka kogoś zupełnie innego. Bardzo różniącego się od ludzi, którymi się otacza. Chłopak o unikatowym imieniu, Ocean, to nadzwyczaj empatyczny człowiek o złotym sercu. Pragnie przyjaźni z Shirin, pragnie ją zrozumieć, pokazać jasną stronę życia w miejscu, gdzie o tolerancji zapomniano.



Książka zaczyna się rok po wydarzeniach w Nowym Jorku, po atakach na WTC. Można się domyślić, że społeczeństwo jest źle nastawione na muzułmanów, których automatycznie obsadzają w roli terrorystów. Noszenie przez Shirin hidżabu, chusty na głowie, nie ułatwia jej życia. Wręcz przeciwnie. Sprawia, że wszyscy się od niej odcinają, nie chcą utrzymywać bliższych relacji. Nawet nauczyciele w szkole potrafią ukazać brak szacunku i tolerancji, wystawiając młodą dziewczynę na poniżenie. Tahereh Mafi opisała coś doprawdy strasznego. Przerażającego. Moja wrażliwość na krzywdę ludzką osiągnęła zenitu. Nienawidziłam, płakałam i miałam ochotę zakopać się w pościeli, gdy czytałam o kolejnych przykrych wydarzeniach w życiu tak świetnej nastolatki, jaką jest Shirin. Naprawdę, ta postać to silna, odważna (chociaż twierdzi inaczej), piękna, inteligentna, zdolna młoda kobieta, która powinna się uśmiechać, czerpać z życia garściami, swobodnie czuć się w takich placówkach jak chociażby szkoła. Powinna otaczać się szczerymi, zaufanymi, dobrymi przyjaciółmi, przeżywać swoje pierwsze rozterki, myśleć o przyszłości. Shirin postawiona w okropnym położeniu, w położeniu nietolerancji uczniów czy niekiedy nauczycieli, musi zachować zimną krew, nie dać się ponieść emocjom, codziennie walczyć z tym, żeby zamaskować się na szkolnych korytarzach. Mimo wszystko to dziewczyna, która nie boi się powiedzieć „fuck off”, jeśli ma już po dziurki w nosie docinek czy głupich tekstów kierowanych w jej stronę. Ogromnie podziwiam tę bohaterkę, podziwiam jej wytrzymałość, jej odwagę, którą posiada.

„I thought women were gorgeous no matter what they wore, and I didn’t think they owed anyone an explanation for their sartorial choices. Different women felt comfortable in different outfits.
They were all beautiful”

„A very large expanse of sea” to wyjątkowa powieść, która zasługuje na przeczytanie przez wielu ludzi. Nie tylko tych młodych, nie tylko przez nastolatków. Dorośli także powinni sięgnąć po nią. Chociaż porusza wątek pierwszej miłości, pierwszych pocałunków, słodkich wyznań, randek, pokazuje również ogromny problem, z którym styka się społeczeństwo. Żyję w kraju, który jest otwarty na inność, nie jest przeszkodą być czarnoskórym chłopcem czy dziewczynką i pójść do szkoły, nie jest przeszkodą ubrać hidżab czy abaję, nie jest przeszkodą mieć skośne oczy, być muzułmaninem czy chrześcijaninem. Świat coraz bardziej się otwiera na tolerancję, ale jest jej wciąż za mało, a wielu ludzi wciąż cierpi z powodu okropieństw, które są im serwowane. Problem jest taki, że chociaż ja żyję w takim kraju i jestem pozytywnie nastawiona na inne narodowości, nie wszyscy mają podobny tok myślenia. Ubliżanie, poniżanie, wyśmiewanie, traktowanie człowieka jak śmiecia, jest dość popularne w każdym państwie, ponieważ zawsze znajdą się nietolerancyjnie osoby, dla których inność od siebie to coś, czego nie da się zaakceptować. Tahereh Mafi właśnie taki temat porusza w swojej powieści, i jest on wyjątkowy emocjonalny. Przynajmniej dla mnie, gdyż muzułmanie są mi bliscy. I chociaż wielokrotnie spotkałam się z szyderczymi komentarzami, mało się nimi przejmuję. W tej kwestii jestem jak Ocean, bohater książki, nie jest dla mnie ważne zdanie ludzi, którzy nie zdobywają się na choć trochę empatii, zrozumienia i akceptacji. Religia nie powinna różnić, ale jak dobrze wiemy, bywa zupełnie inaczej.
Postaci w powieści również ogromnie mnie ujęli. Chociaż wydawałoby się, że „A very large expanse of sea” jest smutną książką, to wcale nie zawiera tylko przejmującej tragedii. Na kartach lektury pojawia się mnóstwo humoru. Shirin potrafi rzucić niezłym kawałkiem ironii, natomiast Navid, jej brat, rozczulić czy rozbawić do łez. Miłość tego rodzeństwa została tak dobrze ukazana, że uwielbiałam momenty z nimi z całego serca. Oczywiście nie mogę tutaj pominąć fragmentów z głównymi bohaterami, czyli Shirin i wyjątkowym Oceanem. Ta para wywołała we mnie ogromną paletę uczuć. Był śmiech, było wzruszenie, była złość czy irytacja. Było wszystko. Nie spodziewałam się, że ta młodzieżówka oprócz ważnych wartości, ukazania niezwykle ważnego problemu, pokaże także coś tak ujmującego, coś tak pięknego. W książkach nastoletnia miłość potrafi przyprawić mnie o przewroty oczami albo litościwy uśmiech, jednak w „A very large expanse of sea” było zupełnie inaczej, i to mi się właśnie podobało. Nie mówię, że powieść jest idealna. Ma swoje wady, ma wadliwe momenty, ale całość sprawia tak dobre wrażenie, że powinna zostać przeczytana przez rzeszę ludzi. W szczególności tych, którzy nadal nie widzą nic złego w swoim rasistowskim zachowaniu. Nie widzą, że czasami słowami ranią bardziej niż czynami.
Ja osobiście oddałam tej książce całe serce. Jest jednym z moich ulubieńców i będę do niej często wracać. Daje mi kolejną nadzieję, że na świecie nie ma tylko zła, ale i ukryte dobro, które tylko czeka, by wyjść i zagościć w ludzkich sercach. Daje mi nadzieję, że nie wszyscy to okropni rasiści, którzy tylko czyhają na swoje ofiary, by je podkopać. Daje mi nadzieję. Tak po prostu.
Oczywiście czekam na wersję po polsku. ;)

”Just try to be happy” Jacobi finally said to me. “Your happiness is the one thing these assholes can’t stand”

Do poczytania,
Arystokratka A./Aga

lipca 06, 2019

ZAPOWIEDŹ PATRONACKA: BENNY POWRACA!

ZAPOWIEDŹ PATRONACKA: BENNY POWRACA!

Zapowiedź patronacka!

Już 14 sierpnia ukaże się nasz kolejny patronat medialny, czyli „Nowa laleczka”, trzeci tom jednej z najmroczniejszych serii, jakie kiedykolwiek czytałam. Wciągająca, intrygująca i fascynująca po raz kolejny zabierze nas do przerażającego świata Benny’ego i jego Laleczek.


Autor: Ker Dukey & K. Webster
Kategoria: thriller/sensancja/romans
Wydawnictwo: NieZwykłe
Tłumaczenie: Dorota Lachowicz
Premiera: 14 sierpnia

BENNY POWRÓCIŁ!

Benny – złamany, samotny, obolały,
stracił ukochaną laleczkę, dom swój i dobytek cały.
Zraniony, choć wciąż żywy, na nowo się odradza,
poznaje kogoś innego, przyjaźń życie mu osładza.
Uczy się świata raz jeszcze, o przyszłość podejmuje walkę,
lecz jedno jest oczywiste – pora znaleźć nową lalkę.
Wtem ze starego cierpienia potworne myśli nadchodzą…
Benny chwyta za nóż. Koszmary znów się odrodzą.

Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się zatracić tak bardzo, że zostałeś jedynie cieniem?
Czyham w ciemności, nie żyję. Egzystuję w tle, gdzie nikt nie zdoła mnie dostrzec.
Moja laleczka mnie zdradziła. Zabiła mnie na więcej sposobów, niż może to sobie wyobrazić.
Ja jednak wciąż czekam. Obserwuję. Pragnę.
Pewnego dnia powrócę, a ona odda to, co mi odebrała.
To zabawne, jak życie się czasem układa…

Na dobry, intrygujący początek wrzucamy fragment prologu prosto od Benny’ego:




„Benny

SKÓRA NA MOIM PRAWYM RAMIENIU jest tak napięta, że poruszanie nim sprawia mi trudność. Nadal czuję przypominający o ranach z przeszłości ból. Pochylam się, by zerwać źdźbło trawy. To pierwszy ruch, który wykonałem od co najmniej czterech długich godzin.
Stoję kilka metrów od mojego dawnego domu. Naszego domu.
Czekam, pragnę, wiem.
Odkręcam butelkę wody, wypijam kilka łyków, po czym wylewam sobie resztę na głowę, co przyjemnie ochładza skórę rozgrzaną panującym wokół upałem. Słońce jest bezlitosne. Świeci jasno na niebie, przywołując mi na myśl tamten dzień, kiedy zobaczyłem swoją niegrzeczną lalkę po raz pierwszy. Była taka młodziutka, taka świeża… Idealna.
Śliczna Laleczka.
Kiedy promienie słoneczne padały pod odpowiednim kątem na jej zwilżone potem włosy, wyglądała, jak gdyby wplotła w nie tasiemki z najprawdziwszego złota. Letnia sukienka, którą miała na sobie, przyklejała się do jej malutkiego ciałka, podkreślając idealne, dziewczęce kształty.
I była tam też jej młodsza siostra…
Zniszczona Lalka.
Macała rączkami moje dzieła sztuki, aż wśród parnego powietrza usłyszałem jej głośne westchnienie, kiedy położyła dłonie na jednej z moich ulubionych lalek. Potrafiła docenić porcelanową perfekcję.
– Piękna lalka dla ślicznej laleczki – zaoferowałem łagodnym tonem głosu.
Siostry równocześnie uniosły na mnie wzrok, a moje serce zabiło nagle o wiele szybciej i mocniej.
Bum.
Bum.
Bum.
Natychmiast zapomniały o zabawce; teraz obchodziłem je wyłącznie ja, patrzący na nie z uśmiechem.
– Nie stać jej na tę lalkę – warknęła moja idealna laleczka, przymrużając śliczne oczęta. Miała zacięty wyraz twarzy, ale zdradzały ją rumiane policzki. Już wtedy wiedziała, do kogo należy. Wiedziała, że jest tylko moja.
Ach, jak łatwo było mi wtedy wziąć sobie to, czego pragnąłem, ale też z jaką łatwością lalka odebrała mi to kilka lat później…
Tak bardzo się zmieniła. Czas ucieka zbyt szybko, tak mało go z nią spędziłem.
Moje wspomnienia znikają, kiedy gromada ptaków zrywa się do lotu z drzewa, które stoi tuż za ruiną mojego dawnego domu. Czekam przy nim z cierpliwością, której nauczyłem się przez lata. Od dnia, w którym mnie zabiła, zaszedłem bardzo daleko.
Lalka nie zadała sobie nawet trudu, by posprzątać po swojej zdradzie. Nie przysłała nikogo, by poszukał moich zwłok.
Zostawiła mnie na pewną śmierć, sądząc, że to już koniec.
I się, kurwa, pomyliła. Oboje się pomylili.
Amatorzy.

***

Trzy lata temu

– Co ty robisz? – pytam, marszcząc brwi i uważnie jej się przyglądając. Lalka patrzy na mnie wyzywająco. W jej oczach widzę podejrzany spokój, kiedy zatrzaskuje drzwi i zamyka nas w celi swojej siostry.
– A na co ci to wygląda?! Zamykam drzwi! – syczy. – Teraz będziemy tu siedzieć i patrzeć na to, co zrobiliśmy! Oboje musimy odpokutować!
Odpokutować? Ona nic nie rozumie. Macy była zniszczona, zbyt szalona, by ryzykować, więc musiałem ją zabić. Jednak ją również, na swój własny sposób, kochałem. Dlaczego lalka tego nie rozumie?!
Zaciskam mocno powieki i uderzam ręką w skroń, ponieważ krzyki, wrzaski w mojej głowie znów zagłuszają myśli, a ja muszę je powstrzymać.
– Ale ona była zepsuta! Nie mogliśmy jej naprawić! – warczę przez zaciśnięte zęby.
– Ty jesteś, kurwa, zepsuty, Benny! Ty. Jesteś. Zepsuty.
Moje mięśnie sztywnieją. Mam wrażenie, że krew przestaje krążyć mi w żyłach i zapycha je niczym zasychający cement.
– Nawet nie waż się tak mówić – ostrzegam.
Laleczka zaczyna płakać, a jej nogi się trzęsą.
– Aresztowaliśmy twojego ojca, Benny – krzyczy do mnie przez łzy. – Przez lata gwałcił małe dziewczynki, a ty tak po prostu pozwoliłeś mu żyć! Przecież wiesz, co zrobił Bethany, i miałeś to gdzieś! – wrzeszczy, oskarżycielsko wskazując mnie palcem. Zawieszam na nim wzrok. To tylko palec, ale równie dobrze mógłby być nożem; kieruje nim we mnie z tak ogromną siłą, jakby chciała mnie ukarać.
Lalka jest przerażona, tak samo jak Bethany. To dlatego mówi o mojej siostrze i próbuje mnie zranić. W końcu jednak zrozumie, że Macy wcale nie jest jej potrzebna. Ma mnie, i tylko my się liczymy. Zostaniemy razem na zawsze.
Mój ojciec bywał pożyteczny, ale jego również wcale nie będzie nam brakować. Zabiłbym go dla niej, gdyby w zamian za to wróciła do domu… Jednak teraz jest już za późno. Rzeka zmieniła bieg, a jej prąd stał się zbyt gwałtowny, by z nim walczyć.
– Ojciec bywał pożyteczny – powtarzam na głos swoje myśli.
– Obrzydzasz mnie – wyrzuca z siebie, ale wiem, że zaraz jej przejdzie. To tylko chwilowa złość, moment zdenerwowania…
– Cóż, to się zmieni – uspokajam ją, po czym robię krok w przód.
– Nie! – wrzeszczy natychmiast, wyciągając dłoń, by mnie zatrzymać. Patrzę na jej nadgarstek, dostrzegając, że brakuje na nim kajdanek.
– To wszystko się dzisiaj skończy, Niegrzeczna Laleczko.
– Masz rację. – Wybucha głośnym, niepohamowanym śmiechem. – To koniec.
Pochylam się, by wyjąć ukrytą w skarpetce strzykawkę.
– Co to, kurwa, jest? – pyta, wskazując prosto na nią.
Przymrużam oczy i najpierw spoglądam na jej broń, a potem na kraty w drzwiach celi.
Dzieciak zniknął.
Lalka nie jest sama.
Jak mogła mnie tak kurewsko zdradzić?
– Nie przyszłaś sama? – pytam z niedowierzaniem. Laleczka łamie zasady. Przecież wie, co się dzieje, kiedy postępuje w ten sposób.
– Już nigdy nie będę sama – syczy przez zęby. – Dillon jest częścią mnie i należę do niego, a nie do ciebie, Benjamin. Nigdy do ciebie nie należałam.
Ach! Jak śmie wypowiadać przy mnie jego imię?!
Ona należy do mnie! To moja lalka! Moja laleczka!
Zaciskam mocno szczękę, napinam mięśnie, wpadam w furię.
– Nigdy nie pozwolę ci opuścić tej celi – przysięgam. – Nigdy!
Lalka macha pistoletem w moją stronę.
– A kto z nas dwojga trzyma w ręce broń? Nie oszukuj się, Benny. Nie masz już nade mną żadnej władzy.
W odpowiedzi tylko się do niej uśmiecham.
– Jak mówiłem, dzisiaj to wszystko się skończy, ale mam wystarczająco dużo czasu, by wbić w ciebie tę maleńką igiełkę. Odejdziemy stąd oboje. Razem. Później będziesz miała całą wieczność, żeby uświadomić sobie, że naprawdę mnie kochasz.
Jej powieki drżą, kiedy rozważa swoje możliwości.
Nie masz żadnych opcji, lalko! Należymy do siebie nawzajem. Będziemy razem i doskonale o tym wiesz!
Robię kolejny krok w jej stronę, kiedy nagle słyszę z jej ust coś, co całkowicie mnie paraliżuje.
– Jestem w ciąży!
Opuszczam ręce, nie mogąc w to uwierzyć… Niespodziewanie w mojej głowie rodzi się tyle myśli, tyle nowych nadziei… Wtem słyszę huk, a sekundę później czuję w ramieniu przeszywający ból i zataczam się do tyłu.
– Kurwa mać! – wrzeszczę. – Kurwa, postrzeliłaś mnie! – Nie panuję już nad ciałem.
Upadam na łóżko, a strzykawka spada na podłogę.
– I to jak celnie – odpowiada z dumą, podchodząc bliżej i zgniatając strzykawkę podeszwą.
Laleczka nosi w sobie mojego potomka – owoc naszej miłości.
– Jesteś w ciąży? Będziemy mieli dziecko?
Na moim nadgarstku zaciska się zimna bransoletka kajdanek. Nie zwracam na to uwagi, obserwuję tylko swoją zabawkę, nadal nie potrafiąc uwierzyć w to, co właśnie mi wyznała.
Kiedy zapina kajdanki na mojej drugiej ręce i spycha mnie na podłogę, czuję w ramieniu pulsujący ból.
Będziemy mieli dziecko.
Za jej plecami otwierają się drzwi, a za lalką staje ta śmierdząca świnia, pierdolony
Dillon. Jak on śmie przerywać nam tak cudowną chwilę?!
Zamorduję go; powoli i boleśnie. Sprawię, że poczuje mój gniew z każdym ruchem ostrza wbijającego się w jego obrzydliwe ciało.
Nie pozwolę mu odebrać nam tego momentu!
– Nasze dziecko – szepczę, patrząc prosto na moją przepiękną laleczkę.
Dillon zasłania mi ją przez chwilę, kiedy podchodzi do łóżka i podnosi z niego Zniszczoną Lalkę. Bierze jej ciało na ręce i wynosi je z celi, a my znów zostajemy sam na sam.
Tak. Tak właśnie powinno być.
– To dziecko nie jest twoje, Benny – oznajmia nagle moja lalka. – Życie nie może zrodzić się ze śmierci. Tyle razy próbowałeś mnie zniszczyć, ale to nigdy ci się nie uda. Powinieneś smażyć się w piekle. Twój czas dobiega końca. To dziecko to nowe życie, a na ciebie czeka tylko śmierć.
Otwieram usta, lecz mój ból jest zbyt ogromny, bym był w stanie wydobyć z siebie głos. Ona kłamie. Na pewno tak nie myśli.
Wycofuje się powoli, wciąż we mnie celując. Tak naprawdę nie potrzebuje jednak broni; jej słowa zabijają mnie skuteczniej niż pociski. Kiedy opuszcza celę i zamyka drzwi na zamek, Dillon znów do niej podchodzi i przysuwa odrażające usta do jej czoła.
– Wszystko w porządku – zapewnia go lalka. – Panuję nad sytuacją.
– Wiem, że panujesz – odpowiada szeptem, po czym odchodzi, zostawiając ją z tym, do kogo należy naprawdę.
Lalka wie, że jestem jej panem, a w jej łonie rośnie nasze dziecko.
– Kłamiesz – zarzucam jej. Siła znów do mnie powraca, więc poruszam gwałtownie nadgarstkami, sprawdzając wytrzymałość kajdanek. Chyba nie sądzi, że te maleństwa mnie powstrzymają?
Głupiutka laleczka.
Z trudem wstaję na nogi, bo promieniujący z rany postrzałowej ból przeszywa całe moje ciało. Zmuszam się jednak do ruchu, a ona tylko mi się przygląda.
Pogrywa sobie ze mną, co mi się nie podoba.
– Wypuść mnie, kurwa! – rozkazuję. – W tej chwili!
Lalka zaczyna się śmiać; tak głośno i szaleńczo, jakby traciła kontakt z
rzeczywistością. Teraz kojarzy mi się z siostrą… Zniszczyłem moją śliczną laleczkę.
Zmieniłem ją, ale jestem pewien, że w końcu dojdzie do siebie.
– Nie będziesz mi dłużej rozkazywał. Zostawię cię tu, żebyś zgnił. Tak jak ty zostawiłeś nas. Mam nadzieję, że odór krwi biednej Macy będzie cię dręczył aż do dnia, gdy zdechniesz z głodu.
Nie odważyłaby się tego zrobić.
Jeszcze raz próbuję zerwać z rąk kajdanki.
– Kurwa mać, wypuść mnie! – Chociaż rzucam się na drzwi całym ciężarem ciała, one nawet nie drgną. Wiedziałem, że tak będzie. Sam je zbudowałem, żeby moje laleczki były bezpieczne w swoich celach, więc nie da się ich wyważyć.
– Słyszysz, co mówię?! Wypuść mnie! – ostrzegam ją raz jeszcze.
– Ty nigdy mnie nie wypuściłeś. – Jej głos wyraźnie się załamuje. – Żegnaj, Benny.
Opuszcza mnie. Zostawia. Jednak wie, że po nią wrócę. To dlatego mnie nie zabiła. Te okrutne słowa to efekt trucizny, którą Detektyw Dupek traktował jej biedny mózg, ale lalka naprawdę mnie kocha i chce, żebym po nią wrócił.
– Wracaj tu, niegrzeczna lalko! Otwórz te drzwi! – krzyczę za nią, wyłamując sobie kciuk, by zdjąć kajdanki z jednego nadgarstka. Okazuje się to trudne nawet z przestawionym palcem. Metal przecina skórę, pozostawiając za sobą krwawą ranę, a pulsujący ból jeszcze bardziej napędza moją wściekłość.
Lalka o czymś zapomniała. Ta cela nie należała do niej, ale do jej siostry.
Czasami karałem Zniszczoną Lalkę i zamykałem ją tutaj, ale robiłem to tylko wtedy, kiedy była niegrzeczna. Na co dzień mogła sobie chodzić, gdzie tylko chciała. Zabierałem jej klucz wyłącznie, gdy coś przeskrobała.
Nie muszę długo szukać, bo niemal od razu zauważam porcelanową lalkę bez oka, z wystającymi z oczodołu nożyczkami.
Wokół jej szyi, na łańcuszku, wisi mój upragniony klucz.
Nawet po śmierci moja Zniszczona Lalka pozostała lojalna i przydatna dla swojego pana.
Podchodzę do drzwi, otwieram zamek, ale nagle zamieram w bezruchu. Czuję swąd popiołu i palonego drewna. Ten zapach jest tak mocny i intensywny, że aż drapie mnie od niego w gardle. Sekundę później czuję pod stopami żar i wiem już, co się stało. Płomienie.
Pomarańczowe płomienie rosną coraz wyższe, pożerając cały mój dom.
Otacza mnie ogień, niszcząc wszystko, co zbudowałem.
Jak mogła mi to zrobić? Przecież to był również jej dom.
Myśli, że jestem tu zamknięty.
Chce mnie zabić.
Nie. Na pewno nie. Nie mogłaby.
Ogień. Ogień niszy cały mój dobytek i parzy moją skórę, gdy przedzieram się przez to piekło w poszukiwaniu schronienia i chłodnego powietrza. Szyby trzaskają pod naporem wrzeszczącego z udręki drewna. Cały dom wydaje się jęczeć z bólu. Otacza mnie gęsty i zabójczy dym, gdy biegnę prosto do okna i bez namysłu przez nie wyskakuję.
Szkło rozrywa poranioną skórę na moich ramionach, jednak nie czuję już bólu; nawet bólu swojego serca. Po tym, co zrobiła mi moja niegrzeczna laleczka, nie czuję zupełnie nic.
Leżę na trawie i wpatruję się w niebo, podczas gdy czarny dym powoli zamienia dzień w noc. Znajduję się zaledwie kilka metrów od pogorzeliska; od zgliszczy jedynego domu, jaki kiedykolwiek miałem.
Zabiła mnie.
Moja śliczna laleczka mnie zabiła.

 A na naszym Instagramie będzie o wiele więcej takich fragmentów i o wiele więcej Benny’ego ;)

Przedpremierowa recenzja już niebawem!

lipca 03, 2019

Przyjacielska ekipa Dziewuch, czyli "Kalendarz z Dziewuchami"!

Przyjacielska ekipa Dziewuch, czyli "Kalendarz z Dziewuchami"!

„Kalendarz z Dziewuchami”
Autor: Ada Johnson
Kategoria: literatura obyczajowa
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Stron: 508

Od dawna miałam się zabrać za jakąś przyjemną, totalnie luźną książkę, która nie obciążałaby mnie obowiązkiem dostarczenia recenzji w terminie. Postanowiłam więc wreszcie sięgnąć po powieść wygraną na dniach autorskich Ady Johnson na grupie znamy-czytamy. Czułam, że książka idealnie wpasowuje się w moje gusta i spędzę miły czas podczas tej dobrze zapowiadającej się lektury. Oczywiście nie myliłam się, nawet jeśli nie zawsze było tak kolorowo. Książka bowiem jest niezłą cegiełką liczącą ponad pięćset stron, więc miała swoje lepsze i gorsze momenty. Zresztą, gdyby całość była taka dobra, byłaby to powieść idealna, a przecież takich nie ma, prawda? Dzieło Ady Johnson to pełna humoru opowieść o babskiej przyjaźni i cieple domowego ogniska. Czy się z tym zgodzę? W stu procentach!

„Taki jest chyba fenomen przyjaźni. Nie wiadomo kiedy, ktoś nagle wprowadza się w twoje życie, robi tam przemeblowanie, a dzieje się to tak niepostrzeżenie, że nawet nie ma czasu zaprotestować, a już jest pozamiatane. Nic odtąd już nie jest takie samo”

„Kalendarz z Dziewuchami” to historia przedstawiająca losy wyjątkowej, bardzo rodzinnej, przyjacielskiej i sympatycznej Ady. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy główna bohaterka wychodzi za mąż za Anglika, którego uroczo nazywa Rośkiem. Na ślubie pojawia się zgrana ekipa naszej Ady, czyli jej Dziewuchy, najlepsze przyjaciółki. Na co dzień kobiety mieszkają w innych krają, utrzymują bardzo bliską relację, która potrafi zaskoczyć niejedną osobę. W ważnym dla głównej bohaterki dniu przychodzi do niej tajemnicza kartka od równie tajemniczego nadawcy A.M. Ada nie ma zbytnio czasu na głowienie się nad dziwną wiadomością, gdyż po ślubie nadal ma na głowie chaos panujący w jej domu, w którym bardzo często pojawiają się liczni goście. Mimo wszystko A.M. nie poddaje się i jeszcze sporo namiesza w życiu jednej z Dziewuch.


Powieść o tak świetnym tytule definitywnie powinna zawierać dobrą mieszankę wewnątrz. Historie Ady przez całą książkę były pełne humoru, ciepła, problemów natury szarego dnia, przyjacielskich rozterek, udanych spotkań w gronie bliskich znajomych, czy nawet, delikatnie rzecz ujmując, libacji alkoholowych, które przynosiły kolejne salwy śmiechu. Nie mogę powiedzieć, że „Kalendarz z Dziewuchami” jest moim guru, nie postawię książki na wysokiej liście ulubieńców, jednak zapamiętam ją na długo właśnie z tego powodu, że miała świetny klimat, była taka... życiowa. Jeśli czytaliście kiedykolwiek powieści o słynnej Bridget Jones, to „Kalendarz” jest najbliżej tej atmosfery. Takie miałam skojarzenie, gdy zabrnęłam gdzieś na środek cegiełki. Od razu trzeba zaznaczyć, że było to pozytywne skojarzenie, nie na zasadzie „kopia”. Absolutnie. Z kopią nie ma to nic wspólnego, aczkolwiek można dostrzec równie dobry klimat jak u Bridget. Rozterki dnia codziennego, zabawne opowieści, śmieszne rozmowy, przyjacielskie porady i konwersacje, a całość spowita rodzinnością, ciepłem oraz tajemnicą w tle.

„Swoją drogą, przyjemna jest myśl, że czasem życie daje nam to, czego najbardziej potrzebujemy – odpowiedniego człowieka”

Bohaterowie „Kalendarza z Dziewuchami” definitywnie na długo będą siedzieli w mojej pamięci. Przede wszystkim sama postać Ady jest wyraźna, barwna, bardzo charakterystyczna. Tryska od niej ciepło, empatia, dobroć i radość z życia. Jest fantastyczną kobietą, z którą z przyjemnością mogłabym się zaprzyjaźnić. Rosiek jako angielski mąż potrafił być doprawdy uroczy i chwytał za serce w niektórych momentach, jednak najbardziej zapamiętałam oczywiście tajemniczego A.M, który w ostateczności jako postać spodobał mi się najbardziej oraz cała ekipa Dziewuch. Ada Johnson odwaliła kawał dobrej roboty, nie skupiając się wyłącznie na charakteryzacji jednej postaci. Przedstawiła nam losy wielu z nich i każdą dało się odróżnić za pomocą konkretnych cech charakteru, nawyków czy przyzwyczajeń. Choć moją sympatię wzbudziły wszystkie przyjaciółki, najbardziej zapamiętałam energiczną, szaloną Sardynkę, Anę, wielbicielkę Włoch, bizneswoman Angie czy główną bohaterkę Adę oraz jej szalone przygody. Oczywiście z postaci godny uwagi jest też tajemniczy A.M., który wzbudza ogromne zainteresowanie u czytelnika. Nie mogłam się doczekać, aż wreszcie poznam jego prawdziwą tożsamość, dowiem się, kim jest i odkryję sekret razem z Adą. Bardzo podobał mi się ten wątek przeplatany z życiem codziennym postaci. Było rodzinnie, wesoło, tłoczno, radośnie. Z wielką przyjemnością napiłabym się lampki wina z Dziewuchami, rozmawiając z nimi na wszelakie tematy.

„— Nie uważacie, że to zadziwiające, jak nieoczekiwanie niektóre wspomnienia wracają, lekko tylko zachęcone przez to, co się dzieje tu i teraz?”

„Kalendarz z Dziewuchami” pokazuje siłę babskiej przyjaźni, nawet tej na odległość. Pokazuje, jak wiele znaczy sama przyjaźń, jak potrafi być silna i wytrzymała. Pokazuje również rodzinność, ciepło domowego ogniska, wsparcie bliskich, ukazuje to, co ważne i co powinno się liczyć dla ludzi. Miłość, przyjaźń, rodzina. To istotne wartości, które Ada Johnson świetnie ukazała w swojej wyjątkowej powieści. Mnie osobiście kupiła, choć pojawiały się fragmenty, które kompletnie nic nie wnosiły i lekko mnie przynudzały, ale jak wspomniałam na początku, gdyby wszystko było zbyt dobre, musiałoby stanowić ideał, a ideałów nie ma, nawet w świecie literatury. Spotkanie z Dziewuchami uważam za bardzo udane i gdyby tak pominąć niektóre sformułowania użyte w książce, jak na przykład „kibelek” czy liczne zdrobnienia, byłoby wręcz cudownie! Mimo tych drobnych dla mnie mankamentów na wspomnienie lektury uśmiech od razu gości na twarzy, więc to dobry znak. „Kalendarz z Dziewuchami” śmiało mogę polecić. ;)

Do poczytania,
Arystokratka A./Aga

czerwca 25, 2019

Przedpremierowo: "Zło w zarodku"!

Przedpremierowo: "Zło w zarodku"!

„Zło w zarodku”
Autor: J.A. Redmerski
Kategoria: romans/sensacja/thriller
Wydawnictwo: NieZwykłe
Stron: 273
Tłumaczenie: Dorota Lachowicz
Premiera: 26.06.2019

Jedna z moich ukochanych serii znów powraca! Jeśli nie słyszeliście jeszcze o cyklu „W Towarzystwie Zabójców”, koniecznie powinniście to nadrobić. Oczywiście to książki dla fanów gorących, płomiennych romansów, które nie opiewają w lukier i słodycz; dla fanów mocnej sensacji i thrilleru, którym niestraszne opisy tortur czy brutalnych przesłuchań serwowanych przez wyszkolonego Specjalistę. Wyraźni, charakterystyczni bohaterowie, akcja, która nie zwalnia ani na chwilę, tajemnice, zagadki, niebezpieczne misje i przeszłość lubiąca o sobie przypominać. To tylko zalążek całej góry wątków, którymi dysponuje J.A. Redmerski w swoich fenomenalnych powieściach. Przy każdej z części moje serce wybijało nierówny rytm. Raz w spokoju czytałam docinki między Niklasem a Izabel, za drugim razem współczułam bohaterom bólu, którego doświadczali. Jedno jest pewne. Autorka tą serią zaskarbiła sobie moje czytelnicze serce, ponieważ odwaliła kawał dobrej roboty i myślę, że nawet Victor Faust byłby skłonny przyznać jej rację, kiwając głową z aprobatą. Jej powieści to iście wybuchowa mieszanka, której nie da się nie uwielbiać!

„Myślę, że wolność jest dla mnie tym, czym heroina dla narkomana. Kiedy posmakowałam jej po raz pierwszy, od razu zapragnęłam więcej. I byłam gotowa zrobić wszystko, by ją zdobyć. Zabiłabym, by ją zatrzymać”

„Zło w zarodku” to czwarta z kolei część serii „W Towarzystwie Zabójców”. Tym razem można rzec, że nie skupia się na jednym konkretnym wątku, chociaż mogłabym pod niego podpiąć całą sytuację z przesłuchującą członków Zakonu Norą. Postać ta jest zupełnie świeża, nowa i godna zainteresowania. Od początku pałałam do niej nienawiścią, jednak nie powiedziałabym, że nie wzbudziła zaciekawienia. Wyrafinowana, ironiczna, nieczuła i niedająca się złamać kobieta namiesza w Zakonie Victora Fausta na tyle, że nie wiadomym jest, czy elita wyjdzie z tego bez szwanku. Najbliżsi ludzie członków zostają porwani. To do Izabel, Niklasa, Victora, Fredrika, Doriana i Jamesa należy zadanie, by pomóc w ich uwolnieniu. Muszą poddać się wyzwaniom, które mogą przerosnąć ich możliwości i siły. Wystawieni na próbę dostają czterdzieści osiem godzin. To niewiele czasu, by stanąć oko w oko ze swoimi najgłębiej skrywanymi sekretami, brudami, o których wolałoby się nigdy nie wspominać, przeszłością dostarczającą jedynie bólu i cierpienia. Co się stanie, kiedy czas upłynie? O tym musicie przekonać się sami, zgłębiając tę fascynującą lekturę.


„Zło w zarodku” połknęłam w jeden dzień, w kilka godzin. Gdy tylko zabrałam się za książkę, wiedziałam, że niebawem ją skończę. 273 strony mignęły mi w zawrotnie szybkim tempie, przez co po zakończeniu długo siedziałam, wpatrując się w ścianę. To już? Tak po prostu koniec? Oczywiście autorka spowodowała, że znów nie mogę się doczekać kolejnego tomu. Czwarta część może i nie wywołała we mnie takich emocji jak poprzednik opowiadający o losach Fredrika, czy pierwsza powieść z tej serii, jednak wzbudziła na pewno irytację, wściekłość, współczucie, odrobinę radości i zdziwienia. Książka była iście wybuchową mieszanką, która ogromnie mi się spodobała. Choć akcja toczy się przez czterdzieści osiem godzin, skupia bohaterów teoretycznie w jednym miejscu, nie da się powiedzieć, że było nudno. Absolutnie. Przesłuchania zapewnione przez jedną z bohaterek roztroiły mnie emocjonalnie. „Zło w zarodku” pozwoliło bliżej poznać ludzkie słabości nawet takich brutalnych i wydawałoby się żelaznych postaci jak członkowie Zakonu. Ujawnia brudne, głęboko skrywane sekrety, tajemnice, które potrafią zniszczyć każdą relację; ujawnia strach, liczne lęki, obawy czy wątpliwości. Dzięki czwartej części dowiedziałam się kilku nowych rzeczy na temat Izabel, na temat samego Victoria Fausta, jego nad wyraz interesującego brata czy kilku innych postaci. Było to szokujące, ale orzeźwiające spotkanie. Nie potrafiłam odłożyć lektury, wciąż zainteresowana Norą, jej działaniem, przeszłością bohaterów oraz Fredrikiem, o którym szerzej mowa w „Łabędziu i Szakalu”.




Bohaterowie, choć już dobrze znani, nadal potrafią wywoływać skrajne uczucia i wciąż można dowiedzieć się o nich wielu nowych rzeczy. W tej części niejednokrotnie irytowała mnie Izabel, która swoim zachowaniem powodowała zarówno uśmiech na twarzy, jak i przewrót oczami. Nie raz się rozkleiłam, wzruszyłam, przeraziłam obojętnością kilku postaci, ale także zrozumiałam, czym niektórzy się kierowali. Nowa bohaterka, Nora, ostatecznie naprawdę mocno mnie zafascynowała, chociaż zrobiłabym jej znacznie więcej niż to, na co zdobył się jeden z najbardziej interesujących osobników. Nora wprowadziła ogrom świeżości do tej powieści, dzięki czemu przez całość wręcz się przepływało w zaciekawieniu. Akcja za akcją, wyznania za wyznaniami, gra z czasem, uwięzieni bliscy. Jak to się skończy, kto za to wszystko zapłaci, kto zginie? Niemal do końca trwałam z tymi pytaniami, aż w końcu karty zostały wyłożone na stół, a ja mogłam... No cóż, czy odetchnąć z ulgą, czy otworzyć szeroko oczy ze zdziwienia, o tym znów się przekonacie, jeśli sięgniecie po tę powieść. Na pewno dostarczy Wam wielu wrażeń, tego możecie być stuprocentowo pewni.




Choć wydawałoby się, że „Zło w zarodku” nie będzie niczym głębokim, że będzie zawierało tylko sensację, cały kilogram mroku, tajemnic, wyznań, tajemnic i w tle gorącego, płomiennego romansu, to złudne wrażenie. Książka ta bowiem skrywa dno i jest ono w samym zarodku tego całego złego rozgardiaszu. Jak wcześniej wspomniałam, ukazuje ludzkie słabości. To, jak ludzie, jak bliscy, a przede wszystkim jak miłość potrafi wpłynąć na czyjeś decyzje, jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla kogoś, by zapewnić mu pełne bezpieczeństwo. Ukazuje, że przeszłości nie da się w zupełności odepchnąć, zamknąć w kufrze i zakopać dziesięć metrów pod ziemią. Przeszłość to część nas, naszych osobowości i nawet bohaterowie „Zła w zarodku” muszą się zmierzać z tym, co kiedyś stanowiło ich codzienność, z błędami, których się wstydzą, z cierpieniem, którego doświadczyli. Jesteśmy tylko ludźmi. Ludźmi, którzy nigdy nie pozbędą się choć ociupiny emocji. Nawet, jeśli mamy się za twardych i bezlitosnych.

„Stworzono mnie taką. Wytrenowano. Robię to, co robię, odkąd wyciągnięto mnie spomiędzy nóg matki, której nawet nie poznałam. To jest jak nauka ojczystego języka, Izabel. Uczysz się go, dorastasz, posługujesz się nim i nie jesteś go w stanie zapomnieć. [...] Jasne, każdy może nauczyć się języka w dowolnym momencie życia, ale zaledwie garstka z tych ludzi zdoła opanować obcy język tak doskonale, że zatraci swój naturalny akcent”

J.A. Redmerski po raz kolejny odwaliła kawał świetnej roboty, a jej lekkie pióro i sposób pisania definitywnie stał się jednym z moich ulubionych. Pomysły na fabułę, wyjątkowi bohaterowie, porządna akcja, dialogi, wszystko mnie kupiło już po raz czwarty. Gdy tylko wkraczam w świat zabójców, ciężko mi się z nimi rozstawać, dlatego z niecierpliwością będę oczekiwać piątego tomu „Czarnego Wilka”. Gorąco polecam tę serię, tę powieść. Obyście się nie zawiedli, bo ja za każdym razem oddaję tym książkom całe czytelnicze serce!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe.



Do poczytania,
Arystokratka A./Aga

Debiut, który zwali z nóg! Trochę o "Sentymentalnej bzdurze" Ludki Skrzydlewskiej.

„Sentymentalna bzdura” Autor: Ludka Skrzydlewska Kategoria: romans/sensacja Wydawnictwo: Editio Red Stron: 574 Premiera: 12.02.2...

Copyright © 2016 Arystokratki spod księgarni , Blogger